Monday, November 15, 2010

Prezydenci USA, Cz. 0 (Kennedy, Nixon, Carter)

Chyba więcej wiem o szachowych mistrzach świata, oficjalnych i pre-oficjalnych; ostatnim nieoficjalnym był Jan Herman Zukertort (Cukiertort) z Lublina, który mecz o mistrzostwo przegrał ze Steinitzem; gdyby Zuketort wiedział, że ma dbać o zdrowie, to by królował przez lata. Jednak mój blog jest o polityce. Więc napiszę co nieco o prezydentach USA.




Młody John Kennedy już nie za wiele dbał o karierę polityczną (był senatorem z Massachusetts); o wiele więcej zajmował się sypianiem z jak największą liczbą kobiet, i ... umieraniem. Tak jak kiedyś Hilberta, tak i Kennedy'ego uratował postęp medycyny. A erotomanem był Kennedy patologicznym.

Przypominam, że przynajmniej w jednym okresie historycznym lekarze ginęli z ręki autokraty - a wyrażając się mniej metaforycznie, za przyczyną autokraty. Chyba chytry Beria zasiał paranoicznemu Stalinowi wątpliwość co do Jego (duże "J", bo Stalina, a nie Berii) osobistych lekarzy. A że byli, ci lekarze, Żydami, to jak Sojuz długi i szeroki, wielu-wielu lekarzy żydowskich padło ofiarą terroru. Długo to nie trwało (o tyle o ile), bo sam Stalin, skoro pozbawił się opieki lekarskiej (do lekarzy zwracał się niechętnie), to szybko odwalił kitę, w czym Beria znowu mu pomógł. Wezwany do daczy Stalina, gdy Stalin stracił przytomność, powiedział ochronie Generalissimusa, żeby dali się Wodzowi wyspać. Odtąd Przywódca Uciemiężonych Narodów spał już bez przerwy, i miejmy nadzieję, że mu się to nigdy nie odmieni.

Na ogół jednak to znani, bogaci, sławni, nawet wpływowi ludzie, jak Kennedy, padają ofiarami złych lub nieuczciwych (co idzie w parze) lekarzy. Trochę są ci pacjenci sami sobie winni. Od ręki można wspomnieć Elvisa Prestley'a, Annę Nicole Smith, Michaela Jacksona...

Tak więc Kennedy żył dalej, ale męczył się okropnie, żył w nieustannym bólu, przytruwał się czym się dało, co mu tylko lekarze nie przypisali - mówił, że gotów jest pić końskie szczyny, byle złagodzić ból. Mimo to zachowywał inteligencję i jasność umysłu, jeśli nie liczyć ciągłego kładzenia się do łóżka z kolejnymi kobietami, co nawet mogło naruszyć bezpieczeństwo państwa, gdy kobieta była powiązana z mafią. Nie krępował się, chociaż krępowała się nawet prostytutka, gdy korzystali w historycznej sali z historycznego, muzealnego łóżka w Białym (ale już nie dziewiczym) Domu. Gdy w drzwiach zjawiał się pracownik z dokumentem do przejrzenia lub podpisania, i próbował się wycofać, widząc prezydenta zajętego na kobiecie, John zniecierpliwiony wołał go do siebie, brał dokument, rzucał okiem, czynił decyzję, ewentualnie podpisywał, pracownik z szacunkiem odchodził, a prezydent swoje kończył, zresztą zawsze patrząc na zegarek, bo czas miał ostro ograniczony, obowiązków chmarę.

Nic dziwnego, że nasz świat jest taki popieprzony.

Niektórych w otoczeniu Kennedy'ego intensywne zainteresowanie prezydenta adresami domów publicznych w Nowym Yorku degustowało, ale prasa w owych latach była dyskretna.

Bardzo krótko miał Kennedy dobrego lekarza, który zamiast cudownych mikstur zalecił mu ćwiczenia fizyczne, rehabilitacyjne. Poprawa zdrowia prezydenta następowała szybko, ale lekarz ten swojej pozycji długo nie utrzymał.

Jakoś, w nowszych czasach, słyszałem o erotomaństwie wyłącznie demokratycznych prezydentów, bo także Lyndona Johnsona, który jednak aż takiej sensacji po latach nie sprawia, i wreszcie Billa Clintona. Ten ostatni, to już tylko dziesiąta woda po kisielu, jako że obyczaje się popsuły :-), więc prasa stała się wścibska i niedyskretna, itd. Biedny Clinton nie był w stanie się wyżyć, jak jego słynni poprzednicy, a kłopotów przy tym miał bez granic, aż mi go żal było.




Jakże nie cierpiałem Richarda Nixona. Miałem na niego alergiczną reakcję, na ten jego krzywy uśmiech. Nawet był w Stanach popularny plakat z wizerunkiem krzywo uśmiechniętej facjaty Nixona. Pod wizerunkiem plakat pytał: czy kupiłbyś od niego używany samochód? A gdy emigrowałem do Stanów, to akurat prezydentem został Nixon, jakby mi na złość. W Neapolu, w poselstwie amerykańskim pytali mnie między innymi, czy nie planuję zabić Prezydenta Stanów, i o dziwo, z braku zastanowienia się, odpowiedziałem odruchowo że nie. Dlatego tu jestem, już ponad 40 lat. (Także nie planowałem założenia domu publicznego, ani - jako kierowca - modlenia się na środku szosy w przypadku zderzenia z innym samochodem; dzięki takim rozsądnym odpowiedziom udało mi się przybyć na drugą stronę Atlantyku dosyć łatwo. Bo jeszcze nie umiałem prowadzić samochodu).




Słynne - historyczne - są pierwsze debaty telewizyjne kandydatów prezydenckich: Kennedy'ego i Nixona. Chyba zadecydowały o wygranej Kennedy'ego. Była to minimalna wygrana, do tamtego czasu bez porównania mniejsza niż wszelkie wcześniejsze. Zapytał nowego prezydenta ktoś (chyba dziennikarz): jak to się stało, że Twój ojciec [Joseph Kennedy] tyle pieniędzy wyłożył na Twoją kampanię wyborczą, a wygrałeś ledwo-ledwo? John Kennedy wyjaśnił: ojciec powiedział, że byłby przeklęty, gdyby wyrzucił choćby jednego dodatkowego centa na niekonieczny głos.

Ech, gdzie te czasy?! Ani Hillary Clinton, ani Barack Obama, takiej klasy nie mają. Jakże serio siebie traktują! (Jakże bez powodu).

To były początki telewizji. Młodzieńczo wyglądający Kennedy, opalony, swoiście uroczy, podbił serce amerykańskich matek. Nixon pokazał się po przebytej grypie, wychudzony, blady (nawet go nie pokryli odpowiednio make-upem, nie mieli doświadczenia), miał silny zarost, nieestwtyczny. Był starszy. Był vice-prezydentem od 8 lat. Zwracał się do Kennedy'ego z nieustającym szacunkiem, tytułując Kenendy'ego senatorem. Kennedy unikał tytułowania Nixona, jakby go ignorował. Wypowiadał swoje tyrady jakby z karabinu maszynowego, szybko, energicznie. Jaśniej wypowiadał się Nixon, miał klasycznie dobrą dykcję. Liczył się jednak wygląd. Brzydal Nixon przegrał.

Od takich trivia zależy los kraju, na takich triviach opiera się demokracja i jej najważniejsze decyzje.

Przestępstwa Nixona, opatrzone nalepką "Watergate", były poważne. Zapytany w tv, czy afera nie osłabia jego pozycji w rozmowach z Breżniewem, na popielatą twarz Nixona wydobył się ciemny uśmiech. Odpowiedział "Nie - bo Breżniew wiedziałby, jak sobie z czymś takim poradzić". I ten uśmiech - przerażający. O jakże pragnął wtedy Nixon sowieckich zwyczajów. Jego podsłuchy, i zwalczanie "wrogów", były właśnie w takim stylu. Ale Stany, to nie Sojuz - czego nie chciał przyjąć do wiadomości Obama przez dwa lata. Teraz do niego wreszcie dociera.

Znajomy, wielce fachowy, inteligentny i kulturalny inżynier mówił mi około 1980 roku, że Watergate to była pestka w porównaniu z prawdziwym "przestępstwem" Nixona, gdy sprzeniewierzył się "konserwatywnym" ideałom ekonomicznym. Tak to jest z Republikanami - na ogół są na wpół demokratami, przez co z demokratami potem przegrywają, tracąc przy tym twarz. Musi tak być, bowiem władza idzie w parze z Demokractwem, a nie ze zdrową polityką ekonomiczną.




Republikańscy kandydaci prezydentcy dotą chyba zawsze byli już znanymi, ustalonymi politykami, ze sporym doświadczeniem politycznym. Natomiast w przypadku Demokratów, tem sam "primaries" system produkuje zwycięzców, którzy wyskakują jak Filip z Konopi. I oni nawet zostają prezydentami. Gdy Jimmy Carter wygrał demokratyczną nominację, to media pytały: Jimmy who?! oraz "Who are you, Jimmy? - we don't know ya!".

Po skandalu Watergate nie było siły, musiał wygrać Demokrata. Więc Jimmy Carter rzeczywiście nim został, i stał się najgorszym prezydentem w historii USA. Teraz dopiero zdetronuje go Obama.

Wydawał się miły, pracowity, skromny, gościom swoim sam przyrządzał kawę, a nawet nalewał herbatę.

Początkowo spotkał się z dysydentami z Sojuza. Wstawił się za prześladowanymi w Ameryce Południowej.

Wkrótce te gesty skonczyły się, i zaczął się całować z Breżniewem, i nawet przekonywał Amerykanów, że Breżniew, gdy się go zna osobiście, jest dobrym człowiekiem. Tymczasem tym dobrym, ale głupim człowiekiem byl sam Carter. A że nie można w polityce być jednocześnie głupim i dobrym, to Carter dziś zdecydowanie jest złym człowiekiem. Ale głupim udało mu się być nieprzerwanie.

Gdy irańska gówniarzeria uwięziła 66 Amerykanów (właściwie 72, ale 6 zwiało), to nasz wspaniały, uczuciowy, szczery, ludzki... Prezydent musiał się zwierzać i wytłumaczyć całemu światu - na wszelki wypadek w tv, przemawiając do narodu i w ogóle - jakie to jest niezwykle ważne dla Niego, jak wielkie dla Niego ma znaczenie życie każdego obywatela amerykańskiego, że to po prostu ma najwyższy priorytet, ... No to się gówniarzeria iranska ucieszyła i trzymała 52 Amerykanów przez 444 dni (14 zwolniono wcześniej). Tak to jest, jak się ma idiotę za prezydenta.

Potem Nixon, który mimo Watergate pomału zyskiwał jednak rolę męża stanu na emeryturze (że na emeryturze, to prawda), wyjaśnił, że dla prezydenta ludzie są "disposable", że nie może dawać się szantażować, że musi grać mądrze i optymalnie.

Widzimy, że różni ludzie są głupi na różne sposoby. Jeden musi podsłuchiwać i zwalczać "wrogów", drugi musi koniecznie się zwierzać z tego, jakim to dobrym człowiekiem jest (nawet jak nie jest). Niech żyje demokracja!

Jest już po 6:15am, więc na tym kończę.

Saturday, November 13, 2010

Chaotyczne i całkiem osobiste uwagi o George W. Bushu

Dochodzi 4am, zmęczyłem się, i zmęczył mnie na razie temat Clintonów i Obamy. Należałoby pokimać. Ale kusi mnie, żeby blog rozpędzić. Więc napiszę o George W. Bushu (Bush-junior), prawdziwie buzzowo-blogowo.




Przecierałem oczy. Wiedziałem, że to nie może być były prezydent George H. W. Bush. Podobieństwo było silne, ale jednak mężczyzna na ekranie był młodszy, twarz miał okrąglejszą, inaczej zachowywał się, inne miał gesty. Jednak imię i nazwisko było "to samo", podobieństwo twarzy momentami aż zatykało, więc się czułem jak w twilight zone. Tak to jest, gdy się nie śledzi za polityką.

Wygrał Bush-junior z Al Gore minimalnie. Al Gore był potężnie głupi. Zamiast na całego skorzystać ze spadku pozostawionego mu przez Clintona, to się dureń od Clintona ze wszystkich sił odcinał. Chciał prezydenturę zawdzięczać sobie, a nie Clintonowi. Więc przegrał. I dobrze. Jeżeli nie potrafił ustawić sobie priorytetów w jednej sytuacji, to nie potrafiłby i w poważniejszych - na prezydenta absolutnie ten niedojrzały sztywniak nie nadawał się.

Gdy patrzyłem na ekran tv, na Busha-juniora, to rozpoznawałem znany mi z Polski urok małego, miłego, przyjaznego pijaczka. Chyba tym urokiem podbił wtedy Stany (a mnie tym niepokoił). Pojęcia wtedy nie miałem, gdy tak się o nim wyrażałem, że naprawdę nadużywał w młodości alkoholu! Dowiedziałem się o tym dopiero wczoraj, gdy FOX tv-channel przeprowadzał z nim wywiad. W swoich spisanych wspomnieniach i w wywiadach, Bush jest wspaniale otwarty i szczery. Zdumiewające, niesamowite. Dają te wywiady od kilku dni, a ja jestem w stanie śledzić od przypadku do przypadku tylko po kilka minut. Dotąd tych wypadków było tylko dwa, więcej mi się na razie nie udało. Jaka szkoda! Po dziesięciu latach wreszcie przekonałem się do Busha, choć od jakiegoś czasu pewne znaki coraz mocniej sadowiły się w podświadomości. Pijaczek-nie pijaczek, Bush ma klasę! Także mądrość, niezłą inteligencję. Trochę mi głupio, że wcześniej tego nie chciałem zauważyć. Głupio mi, bo Bush jest głęboko mądrze skromny, co powinno dać mi wiele do myślenia, co cenię; a jednak ta rzadka aż taka skromność u polityka lub kogokolwiek, tym razem myliła mnie. Bush nie przejmował się i nie przejmuje się tym jak wygląda w oczach innych. Ma tę siłę, spokój wewnętrzny, ładną pewność siebie - nie kłóci się, nie walczy o opinię o sobie, ... W pewnych okolicznościach to może mylić, i mnie myliło.

Pamietam wypowiedź (bo nie przemowę) Busha dla Stanów po 9-11. Taki Carter lub Obama przemawialiby dosyć długo, skomplikowanie i pompatycznie, zapewniając o swoim osobistym przejęciu światem i Stanami i w ogóle. Bush - w tak historycznym momencie! - mowił kameralnie. Powiedział, że da się lubić ("I am a likeable guy"), ale teraz ma robotę do wykonania ("but I have a job to do"). Przy słowach "a job to do" skręcił głowę w bok. Raz jeszcze sprawił wrażenie na mnie uliczne - starszego, spokojnego, doświadczonego, ulicznego bandziora - ale w najlepszym tego słowa znaczeniu.

Wojen w Afganistanie i Iraku nie można załatwić prostym tak/nie. Jedyne co z pewnym wahaniem można Bushowi zarzucić, to prowadzenie dwóch na raz. Tylko to skrytykował Bill Clinton. Gdy chodzi o resztę, to nie ma mądrych. To nie Busha wina, że w samych Stanach nie ma optymalnego systemu społecznego, więc nie są w stanie takiego propagować w innych krajach. Przenoszą Stany swoją demokrację, zamiast coś wciąż lepszego, do Afganistanu i Iraku, więc dorabiają się tam skorumpowanych rządów, i te kraje tracą na tym, i Stany tracą na tym, i cały świat!!! (w porównaniu z tym, co mogłoby być). Jak powiedziałem, nie jest to wina Busha. Wyniki mogły być piękne, ale najpierw musiałoby być pięknie w samych Stanach. Nie bardzo jest jak nauczyć drugiego czegoś, czego samemu się nie praktykuje, o czym samemu nie ma się pojęcia.




Bush sam z siebie stwierdził, że ekonomia zaskoczyła go, i wszystkich. Zgadza się.

Niestety, to za duże wymaganie, naprawdę, żeby prezydent był myślicielem. Jaka szkoda, że nie wiedział, co przeprowadzić zamiast bailout. Można było zdrową, pokrewną operację uczynić zdrowo. Tymczasem otworzył puszkę Pandory dla Obamy, który skorzystał z tego na niszczycielską potęge.

A teraz Obama podróżuje sobie luksusowo po Azji, chyba naprawdę będąc pod idiotycznym wrażeniem, że ON! SWOIM! gadaniem namówi Azjatów, i od tego poprawi się amerykańska ekonomia.




Jeszcze drobiazg, ale charakterystyczny, w zakresie moich obserwacji. Bush-junior jest pierwszą osobą, która potrafiła uniknąć zniszczenia wywiadu telewizyjnego przez prowadzącego wywiad reportera kanału FOX - durnia, pinheada Billa O'Reilly, wbrew zachowaniu którego, wywiad tym razem był udany; nawet na tym napięciu wywiad zyskał dla mnie, bo dał mi okazję Busha docenić.

Clintonowie i Obama. Kampania prezydencka 2008 (psychologia). Cz. 1

Głośna jest niechęć Billa Clintona do Baracka Obamy. Nawet pozwolił sobie powiedzieć, że do niedawna Obama mógł tylko członkom Kongresu przynosić kawę (coś w tym guście). Uwaga Billa mogła nawet być poczytana za rasistowską, ale bez przesady.

Clinton był jednym z najmłodszych amerykańskich prezydentów. Z kolei Obama szykował się na kolejnego relatywnie młodego prezydenta. Przy tym Clinton mógł słusznie odczuwać wewnętrzną pustkę Obamy, w porównaniu z nim samym (t.zn. w porównaniu z Billem). Kandydatura Obamy mocno Billa irytowała. Napadał na Obamę rażąco ostro. Aż głupio.

A jednak istniał inny demokratyczny kandydat prezydencki, któremu Bill Clinton przeciwstawiał się o wiele bardziej, z całej swojej mocy. Nie wiem dlaczego nie było i nie jest o tym głośno. Bowiem tylko to tłumaczy głupie jakby zachowanie inteligentnego przecież Billa względem Obamy. Tym innym kandydatem była Hillary. Bill tak jej intensywnie "pomagał", że kobieta nie miała żadnej szansy.

Gdy Bill starał się o prezydenturę, i o reelekcję, to był polityczny, dyplomatyczny, ujmujący, uroczy. Został wybrany na nowo pomimo skandalu. A tu naraz, gdy tak mu zależało na sukcesie żony, takie niedyplomatyczne wyskoki. Najwyraźniej zależało mu na niesukcesie żony. Hillary zresztą to wyczuwała (choć może nie nazwała po imieniu), i chciała trzymać Billa z deleka. Ale Bill jest za dobrym politykiem, żeby dal się usunąć na bok komuś mniej zręcznemu, jak Hillary. Wyścig Hillary z Obamą był dosyć wyrównany. Hillary nie miała szansy, gdy z Obamą de facto sprzymierzył się Bill.

Clintonowie i Obama. Kampania prezydencka 2008. Cz. 0

Gdy Bill Clinton został prezydentem, wielu uważało, że jego żona - Hillary - przerasta go inteligencją. Gdy zaczęła się sama zajmować polityką na całego, szybko się okazało, że tak nie jest. Bill Clinton ma wyjątkową inteligencję, w tym niezwykłą pamięć, przytomność umysłu. W każdym momencie dobrze wie co mówi - nie mówi na pamięć jak papuga. Na dodatek, był uroczy (może dalej jest, nie wiem).

Mało wnikałem w amerykańską politykę za czasów prezydentury Clintona. Chyba dlatego miałem dla niego sympatię. Prezydentem był przez osiem lat. W kilka lat później sympatię do niego straciłem, choć w pewnym sensie podziwiałem jak zręcznie (inteligentnie) dorobił się na "filantropii". Niestety nieuczciwie, kosztem ludzi na przykład w Azji. Okrutnych autokratów, łamiących prawa ludzkie i ciemiężących swoje narody, przedstawiał na forum międzynarodowym jako zasłużonych na polu obrony praw ludzkich, i dzięki niemu uzyskali stanowiska w organizacjach międzynarodowych, mających popierać Prawa Człowieka. Dziś Clinton jest zamożnym człowiekiem.

Dobre ekonomicznie dla Stanów były lata prezydentury Clintona. Udało mu się. Podstawę przygotował przez osiem lat Ronald Reagan. Potem Clinton wiele nie popsuł, gdyż Kongres i Senat był za jego czasów głównie republikański. Dzięki temu Stany uniknęły Hillarycare. Obama tego szczęścia nie miał, udało mu się jego Obamaca(b)re zaawansować daleko. Działa chińskie przekleństwo: oby ci się spełniło twoje życzenie; w amerykanskiej, ostrożniejszej wersji: uważaj, czego sobie życzysz (bo może ci się spełnić). Rozsądek (gdy akcja zachodziła dostatecznie daleko od jego rozporka) i inteligencja Clintona z pewnością też były pomocne. W tym sensie stanowisko prezydenta nie było zmarnowane. Bardzo, ale to bardzo chwali się Clintonowi poparcie dla wolnego od ograniczeń handlu międzynarodowego.




Hillary nie ma uroku ani swobody Billa. Jej spotkania przedwyborcze z jej zwolennikami przypominały wiece faszystowskie. Hillary starała się odstawiać macho. Wznosiła okrzyki, machała ręką, pokazywała jaka jest zdecydowana i twarda. Bill bez trudu pokonałby Obamę, tak jak w swoim czasie pokonał wszystkich konkurentów, łącznie ze starszym Bushem. Hillary przegrała.

Dopóki Hillary liderowała w wyścigu demokratycznych kandydatów, to wielokrotnie nawoływała ich do jedności, skierowanej przeciwko Bushowi (młodszemu), mimo, że ten i tak musiał ustąpić ze stanowiska, zgodnie z prawem amerykańskim. Mówiła coś w rodzaju: nie ważne kto z nas wygra, nie napadajmy jedni na drugich; ważne jest tylko, żeby wygrał Demokrata. Nikt jej nie wytknął interesowności i obłudy, ale chyba to było jasne dla wszystkich.

W ogóle jedynym "argumentem" Demokratów w kampanii 2008 był slogan "nie chcemy więcej Busha - 8 lat wystarczy", implikując, że ewentualne zwycięstwo republikańskiego kandydata (McCaina lub któregokolwiek) oznaczałoby "jeszcze cztery lata Busha". Ludzie powtarzali te slogany z bezmyślną zaciekłością, nieprzyglądając się programowi Demokratów, w szczególności Obamy.

Gdy kandydat Hillary straciła pozycję lidera na rzecz kandydata Obamy, atakowała go bez pardonu, twierdząc, że się na prezydenta nie nadaje. Pytała amerykańską publikę, czy chce mieć takiego żółtodzioba przy sterach w przypadku decydującego kryzysu światowego, gdy od decyzji prezydenta zależeć może los całego kraju (i świata). To był bodajże jedyny przypadek, kiedy Hillary miała rację (i to w 100%). Jednak postąpiła krańcowo nielojalnie względem własnej partii demokratycznej.