Głośna jest niechęć Billa Clintona do Baracka Obamy. Nawet pozwolił sobie powiedzieć, że do niedawna Obama mógł tylko członkom Kongresu przynosić kawę (coś w tym guście). Uwaga Billa mogła nawet być poczytana za rasistowską, ale bez przesady.
Clinton był jednym z najmłodszych amerykańskich prezydentów. Z kolei Obama szykował się na kolejnego relatywnie młodego prezydenta. Przy tym Clinton mógł słusznie odczuwać wewnętrzną pustkę Obamy, w porównaniu z nim samym (t.zn. w porównaniu z Billem). Kandydatura Obamy mocno Billa irytowała. Napadał na Obamę rażąco ostro. Aż głupio.
A jednak istniał inny demokratyczny kandydat prezydencki, któremu Bill Clinton przeciwstawiał się o wiele bardziej, z całej swojej mocy. Nie wiem dlaczego nie było i nie jest o tym głośno. Bowiem tylko to tłumaczy głupie jakby zachowanie inteligentnego przecież Billa względem Obamy. Tym innym kandydatem była Hillary. Bill tak jej intensywnie "pomagał", że kobieta nie miała żadnej szansy.
Gdy Bill starał się o prezydenturę, i o reelekcję, to był polityczny, dyplomatyczny, ujmujący, uroczy. Został wybrany na nowo pomimo skandalu. A tu naraz, gdy tak mu zależało na sukcesie żony, takie niedyplomatyczne wyskoki. Najwyraźniej zależało mu na niesukcesie żony. Hillary zresztą to wyczuwała (choć może nie nazwała po imieniu), i chciała trzymać Billa z deleka. Ale Bill jest za dobrym politykiem, żeby dal się usunąć na bok komuś mniej zręcznemu, jak Hillary. Wyścig Hillary z Obamą był dosyć wyrównany. Hillary nie miała szansy, gdy z Obamą de facto sprzymierzył się Bill.
No comments:
Post a Comment