Gdy Bill Clinton został prezydentem, wielu uważało, że jego żona - Hillary - przerasta go inteligencją. Gdy zaczęła się sama zajmować polityką na całego, szybko się okazało, że tak nie jest. Bill Clinton ma wyjątkową inteligencję, w tym niezwykłą pamięć, przytomność umysłu. W każdym momencie dobrze wie co mówi - nie mówi na pamięć jak papuga. Na dodatek, był uroczy (może dalej jest, nie wiem).
Mało wnikałem w amerykańską politykę za czasów prezydentury Clintona. Chyba dlatego miałem dla niego sympatię. Prezydentem był przez osiem lat. W kilka lat później sympatię do niego straciłem, choć w pewnym sensie podziwiałem jak zręcznie (inteligentnie) dorobił się na "filantropii". Niestety nieuczciwie, kosztem ludzi na przykład w Azji. Okrutnych autokratów, łamiących prawa ludzkie i ciemiężących swoje narody, przedstawiał na forum międzynarodowym jako zasłużonych na polu obrony praw ludzkich, i dzięki niemu uzyskali stanowiska w organizacjach międzynarodowych, mających popierać Prawa Człowieka. Dziś Clinton jest zamożnym człowiekiem.
Dobre ekonomicznie dla Stanów były lata prezydentury Clintona. Udało mu się. Podstawę przygotował przez osiem lat Ronald Reagan. Potem Clinton wiele nie popsuł, gdyż Kongres i Senat był za jego czasów głównie republikański. Dzięki temu Stany uniknęły Hillarycare. Obama tego szczęścia nie miał, udało mu się jego Obamaca(b)re zaawansować daleko. Działa chińskie przekleństwo: oby ci się spełniło twoje życzenie; w amerykanskiej, ostrożniejszej wersji: uważaj, czego sobie życzysz (bo może ci się spełnić). Rozsądek (gdy akcja zachodziła dostatecznie daleko od jego rozporka) i inteligencja Clintona z pewnością też były pomocne. W tym sensie stanowisko prezydenta nie było zmarnowane. Bardzo, ale to bardzo chwali się Clintonowi poparcie dla wolnego od ograniczeń handlu międzynarodowego.
Hillary nie ma uroku ani swobody Billa. Jej spotkania przedwyborcze z jej zwolennikami przypominały wiece faszystowskie. Hillary starała się odstawiać macho. Wznosiła okrzyki, machała ręką, pokazywała jaka jest zdecydowana i twarda. Bill bez trudu pokonałby Obamę, tak jak w swoim czasie pokonał wszystkich konkurentów, łącznie ze starszym Bushem. Hillary przegrała.
Dopóki Hillary liderowała w wyścigu demokratycznych kandydatów, to wielokrotnie nawoływała ich do jedności, skierowanej przeciwko Bushowi (młodszemu), mimo, że ten i tak musiał ustąpić ze stanowiska, zgodnie z prawem amerykańskim. Mówiła coś w rodzaju: nie ważne kto z nas wygra, nie napadajmy jedni na drugich; ważne jest tylko, żeby wygrał Demokrata. Nikt jej nie wytknął interesowności i obłudy, ale chyba to było jasne dla wszystkich.
W ogóle jedynym "argumentem" Demokratów w kampanii 2008 był slogan "nie chcemy więcej Busha - 8 lat wystarczy", implikując, że ewentualne zwycięstwo republikańskiego kandydata (McCaina lub któregokolwiek) oznaczałoby "jeszcze cztery lata Busha". Ludzie powtarzali te slogany z bezmyślną zaciekłością, nieprzyglądając się programowi Demokratów, w szczególności Obamy.
Gdy kandydat Hillary straciła pozycję lidera na rzecz kandydata Obamy, atakowała go bez pardonu, twierdząc, że się na prezydenta nie nadaje. Pytała amerykańską publikę, czy chce mieć takiego żółtodzioba przy sterach w przypadku decydującego kryzysu światowego, gdy od decyzji prezydenta zależeć może los całego kraju (i świata). To był bodajże jedyny przypadek, kiedy Hillary miała rację (i to w 100%). Jednak postąpiła krańcowo nielojalnie względem własnej partii demokratycznej.
No comments:
Post a Comment