Chyba więcej wiem o szachowych mistrzach świata, oficjalnych i pre-oficjalnych; ostatnim nieoficjalnym był Jan Herman Zukertort (Cukiertort) z Lublina, który mecz o mistrzostwo przegrał ze Steinitzem; gdyby Zuketort wiedział, że ma dbać o zdrowie, to by królował przez lata. Jednak mój blog jest o polityce. Więc napiszę co nieco o prezydentach USA.
Młody John Kennedy już nie za wiele dbał o karierę polityczną (był senatorem z Massachusetts); o wiele więcej zajmował się sypianiem z jak największą liczbą kobiet, i ... umieraniem. Tak jak kiedyś Hilberta, tak i Kennedy'ego uratował postęp medycyny. A erotomanem był Kennedy patologicznym.
Przypominam, że przynajmniej w jednym okresie historycznym lekarze ginęli z ręki autokraty - a wyrażając się mniej metaforycznie, za przyczyną autokraty. Chyba chytry Beria zasiał paranoicznemu Stalinowi wątpliwość co do Jego (duże "J", bo Stalina, a nie Berii) osobistych lekarzy. A że byli, ci lekarze, Żydami, to jak Sojuz długi i szeroki, wielu-wielu lekarzy żydowskich padło ofiarą terroru. Długo to nie trwało (o tyle o ile), bo sam Stalin, skoro pozbawił się opieki lekarskiej (do lekarzy zwracał się niechętnie), to szybko odwalił kitę, w czym Beria znowu mu pomógł. Wezwany do daczy Stalina, gdy Stalin stracił przytomność, powiedział ochronie Generalissimusa, żeby dali się Wodzowi wyspać. Odtąd Przywódca Uciemiężonych Narodów spał już bez przerwy, i miejmy nadzieję, że mu się to nigdy nie odmieni.
Na ogół jednak to znani, bogaci, sławni, nawet wpływowi ludzie, jak Kennedy, padają ofiarami złych lub nieuczciwych (co idzie w parze) lekarzy. Trochę są ci pacjenci sami sobie winni. Od ręki można wspomnieć Elvisa Prestley'a, Annę Nicole Smith, Michaela Jacksona...
Tak więc Kennedy żył dalej, ale męczył się okropnie, żył w nieustannym bólu, przytruwał się czym się dało, co mu tylko lekarze nie przypisali - mówił, że gotów jest pić końskie szczyny, byle złagodzić ból. Mimo to zachowywał inteligencję i jasność umysłu, jeśli nie liczyć ciągłego kładzenia się do łóżka z kolejnymi kobietami, co nawet mogło naruszyć bezpieczeństwo państwa, gdy kobieta była powiązana z mafią. Nie krępował się, chociaż krępowała się nawet prostytutka, gdy korzystali w historycznej sali z historycznego, muzealnego łóżka w Białym (ale już nie dziewiczym) Domu. Gdy w drzwiach zjawiał się pracownik z dokumentem do przejrzenia lub podpisania, i próbował się wycofać, widząc prezydenta zajętego na kobiecie, John zniecierpliwiony wołał go do siebie, brał dokument, rzucał okiem, czynił decyzję, ewentualnie podpisywał, pracownik z szacunkiem odchodził, a prezydent swoje kończył, zresztą zawsze patrząc na zegarek, bo czas miał ostro ograniczony, obowiązków chmarę.
Nic dziwnego, że nasz świat jest taki popieprzony.
Niektórych w otoczeniu Kennedy'ego intensywne zainteresowanie prezydenta adresami domów publicznych w Nowym Yorku degustowało, ale prasa w owych latach była dyskretna.
Bardzo krótko miał Kennedy dobrego lekarza, który zamiast cudownych mikstur zalecił mu ćwiczenia fizyczne, rehabilitacyjne. Poprawa zdrowia prezydenta następowała szybko, ale lekarz ten swojej pozycji długo nie utrzymał.
Jakoś, w nowszych czasach, słyszałem o erotomaństwie wyłącznie demokratycznych prezydentów, bo także Lyndona Johnsona, który jednak aż takiej sensacji po latach nie sprawia, i wreszcie Billa Clintona. Ten ostatni, to już tylko dziesiąta woda po kisielu, jako że obyczaje się popsuły :-), więc prasa stała się wścibska i niedyskretna, itd. Biedny Clinton nie był w stanie się wyżyć, jak jego słynni poprzednicy, a kłopotów przy tym miał bez granic, aż mi go żal było.
Jakże nie cierpiałem Richarda Nixona. Miałem na niego alergiczną reakcję, na ten jego krzywy uśmiech. Nawet był w Stanach popularny plakat z wizerunkiem krzywo uśmiechniętej facjaty Nixona. Pod wizerunkiem plakat pytał: czy kupiłbyś od niego używany samochód? A gdy emigrowałem do Stanów, to akurat prezydentem został Nixon, jakby mi na złość. W Neapolu, w poselstwie amerykańskim pytali mnie między innymi, czy nie planuję zabić Prezydenta Stanów, i o dziwo, z braku zastanowienia się, odpowiedziałem odruchowo że nie. Dlatego tu jestem, już ponad 40 lat. (Także nie planowałem założenia domu publicznego, ani - jako kierowca - modlenia się na środku szosy w przypadku zderzenia z innym samochodem; dzięki takim rozsądnym odpowiedziom udało mi się przybyć na drugą stronę Atlantyku dosyć łatwo. Bo jeszcze nie umiałem prowadzić samochodu).
Słynne - historyczne - są pierwsze debaty telewizyjne kandydatów prezydenckich: Kennedy'ego i Nixona. Chyba zadecydowały o wygranej Kennedy'ego. Była to minimalna wygrana, do tamtego czasu bez porównania mniejsza niż wszelkie wcześniejsze. Zapytał nowego prezydenta ktoś (chyba dziennikarz): jak to się stało, że Twój ojciec [Joseph Kennedy] tyle pieniędzy wyłożył na Twoją kampanię wyborczą, a wygrałeś ledwo-ledwo? John Kennedy wyjaśnił: ojciec powiedział, że byłby przeklęty, gdyby wyrzucił choćby jednego dodatkowego centa na niekonieczny głos.
Ech, gdzie te czasy?! Ani Hillary Clinton, ani Barack Obama, takiej klasy nie mają. Jakże serio siebie traktują! (Jakże bez powodu).
To były początki telewizji. Młodzieńczo wyglądający Kennedy, opalony, swoiście uroczy, podbił serce amerykańskich matek. Nixon pokazał się po przebytej grypie, wychudzony, blady (nawet go nie pokryli odpowiednio make-upem, nie mieli doświadczenia), miał silny zarost, nieestwtyczny. Był starszy. Był vice-prezydentem od 8 lat. Zwracał się do Kennedy'ego z nieustającym szacunkiem, tytułując Kenendy'ego senatorem. Kennedy unikał tytułowania Nixona, jakby go ignorował. Wypowiadał swoje tyrady jakby z karabinu maszynowego, szybko, energicznie. Jaśniej wypowiadał się Nixon, miał klasycznie dobrą dykcję. Liczył się jednak wygląd. Brzydal Nixon przegrał.
Od takich trivia zależy los kraju, na takich triviach opiera się demokracja i jej najważniejsze decyzje.
Przestępstwa Nixona, opatrzone nalepką "Watergate", były poważne. Zapytany w tv, czy afera nie osłabia jego pozycji w rozmowach z Breżniewem, na popielatą twarz Nixona wydobył się ciemny uśmiech. Odpowiedział "Nie - bo Breżniew wiedziałby, jak sobie z czymś takim poradzić". I ten uśmiech - przerażający. O jakże pragnął wtedy Nixon sowieckich zwyczajów. Jego podsłuchy, i zwalczanie "wrogów", były właśnie w takim stylu. Ale Stany, to nie Sojuz - czego nie chciał przyjąć do wiadomości Obama przez dwa lata. Teraz do niego wreszcie dociera.
Znajomy, wielce fachowy, inteligentny i kulturalny inżynier mówił mi około 1980 roku, że Watergate to była pestka w porównaniu z prawdziwym "przestępstwem" Nixona, gdy sprzeniewierzył się "konserwatywnym" ideałom ekonomicznym. Tak to jest z Republikanami - na ogół są na wpół demokratami, przez co z demokratami potem przegrywają, tracąc przy tym twarz. Musi tak być, bowiem władza idzie w parze z Demokractwem, a nie ze zdrową polityką ekonomiczną.
Republikańscy kandydaci prezydentcy dotą chyba zawsze byli już znanymi, ustalonymi politykami, ze sporym doświadczeniem politycznym. Natomiast w przypadku Demokratów, tem sam "primaries" system produkuje zwycięzców, którzy wyskakują jak Filip z Konopi. I oni nawet zostają prezydentami. Gdy Jimmy Carter wygrał demokratyczną nominację, to media pytały: Jimmy who?! oraz "Who are you, Jimmy? - we don't know ya!".
Po skandalu Watergate nie było siły, musiał wygrać Demokrata. Więc Jimmy Carter rzeczywiście nim został, i stał się najgorszym prezydentem w historii USA. Teraz dopiero zdetronuje go Obama.
Wydawał się miły, pracowity, skromny, gościom swoim sam przyrządzał kawę, a nawet nalewał herbatę.
Początkowo spotkał się z dysydentami z Sojuza. Wstawił się za prześladowanymi w Ameryce Południowej.
Wkrótce te gesty skonczyły się, i zaczął się całować z Breżniewem, i nawet przekonywał Amerykanów, że Breżniew, gdy się go zna osobiście, jest dobrym człowiekiem. Tymczasem tym dobrym, ale głupim człowiekiem byl sam Carter. A że nie można w polityce być jednocześnie głupim i dobrym, to Carter dziś zdecydowanie jest złym człowiekiem. Ale głupim udało mu się być nieprzerwanie.
Gdy irańska gówniarzeria uwięziła 66 Amerykanów (właściwie 72, ale 6 zwiało), to nasz wspaniały, uczuciowy, szczery, ludzki... Prezydent musiał się zwierzać i wytłumaczyć całemu światu - na wszelki wypadek w tv, przemawiając do narodu i w ogóle - jakie to jest niezwykle ważne dla Niego, jak wielkie dla Niego ma znaczenie życie każdego obywatela amerykańskiego, że to po prostu ma najwyższy priorytet, ... No to się gówniarzeria iranska ucieszyła i trzymała 52 Amerykanów przez 444 dni (14 zwolniono wcześniej). Tak to jest, jak się ma idiotę za prezydenta.
Potem Nixon, który mimo Watergate pomału zyskiwał jednak rolę męża stanu na emeryturze (że na emeryturze, to prawda), wyjaśnił, że dla prezydenta ludzie są "disposable", że nie może dawać się szantażować, że musi grać mądrze i optymalnie.
Widzimy, że różni ludzie są głupi na różne sposoby. Jeden musi podsłuchiwać i zwalczać "wrogów", drugi musi koniecznie się zwierzać z tego, jakim to dobrym człowiekiem jest (nawet jak nie jest). Niech żyje demokracja!
Jest już po 6:15am, więc na tym kończę.
Witaj! Zapraszam Cię na mojego szachowego bloga zatytułowanego „Psychologia i Szachy”.Jest to moje spojrzenie na Grę Królewską z pogranicza nauki, psychologii oraz filozofii. Piszę także o innych moich pasjach takich jak literatura oraz podróże ( przemierzyłem już 40 tys. km autostopem) Zapraszam do lektury!Linka znajdziesz w opisie mojego nicka:Cukiertort
ReplyDeletePozdrawiam! Krzysztof Jopek